Strony

środa, 13 grudnia 2017

USA w ogniu krytyki po decyzji o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy

W ubiegły piątek, 8 grudnia, na wniosek Szwecji, Egiptu, Francji, Włoch, Senegalu, Wielkiej Brytanii i Urugwaju odbyło się posiedzenie RB ONZ, na którym dyskutowano sprawę przeniesienia ambasady USA z Tel-Awiwu do Jerozolimy.

Wśród argumentacji prawnej państw można wskazać w szczególności na to, iż:
  • państwa uznały, że podstawą do zachowania status quo były rezolucje RB ONZ 2334 (2016), 478 (1980) i 242 (1967), a decyzja prezydenta Trumpa narusza je i dlatego jest niezgodna z prawem międzynarodowym;
  • członkowie RB ONZ wspominali o naruszeniu przez USA Karty Narodów Zjednoczonych, ale bez podawania konkretnych postanowień Karty, które decyzja USA łamie (a mogliby powołać się np. na prawo do samostanowienia, utrzymanie międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa, ewentualnie na zakaz ingerencji w sprawy wewnętrzne państw). Jedynie przedstawiciel Egiptu odwołał się ogólnie do jednego z celów Karty, jakim było powstrzymanie w przyszłości wojen i uregulowanie „stosunków między narodami w erze, w której podobno bierze się pod uwagę podstawowe prawa wszystkich narodów na równych zasadach”; tymczasem, według Egiptu, decyzja USA jest testem dla zasady rządów prawa;
  • wszystkie państwa, bardziej lub mniej wyraźnie, skrytykowały decyzję USA (najbardziej zachowawcze były w tym względzie Chiny, Ukraina i Kazachstan) oraz wyraziły wsparcie dla rozwiązania dwupaństwowego, które może być osiągnięte jedynie przez negocjacje;
  • żadne państwo nie powołało się na rezolucję Zgromadzenia Ogólnego ONZ 67/19, w której ZO ONZ przyznało Palestynie status „nieczłonkowskiego państw obserwatora”; wszystkie państwa oprócz Szwecji, która przypomniała, że w 2014 r. uznała Palestynę jako państwo, mówiły natomiast o tym jakie znaczenie ma Jerozolima i kontynuowanie procesu pokojowego dla powstania w przyszłości Państwa Palestyny;
  • Ambasador USA przy ONZ Nikki Haley próbowała tłumaczyć decyzję prezydenta Trumpa wskazując, że dotyczyła ona „jedynie” przeniesienia ambasady i uznania Jerozolimy za stolicę Izraela, a nie „podziałów lub granic” (boundries or borders). Szczegółowy zakres w jakim Izrael będzie sprawował suwerenność nad Jerozolimą ma być bowiem dopiero ustalony w czasie przyszłych negocjacji między Palestyną a Izraelem. Co ciekawe jednak, Nikki Haley zaatakowała, i to w bardzo zdecydowany sposób, ONZ, mówiąc, że Organizacja była „pierwszym centrum nieprzyjaznych działań przeciwko Izraelowi”, a Stany Zjednoczone nie będą dłużej przyglądać się „kiedy Izrael jest niesłusznie atakowany” na forum ONZ.

Do krytyki decyzji prezydenta Trumpa przyłączyli się również inni przywódcy, m.in. Arabii Saudyjskiej, Iranu, Syrii, Turcji (prezydent Ergodan rozważa nawet zerwanie stosunków dyplomatycznych z Izraelem) i Niemiec. Decyzję skrytykował również papież Franciszek oraz przedstawiciele Unii Europejskiej.

Sekretarz Generalny ONZ António Guterres podkreślił, że jedynym właściwym rozwiązaniem w sprawie Jerozolimy jest rozwiązanie dwupaństwowe, z Jerozolimą jako stolicą zarówno Izraela, jak i Palestyny, które można osiągnąć tylko w wyniku negocjacji.

 Wśród głosów krytyki pojawiają się jednak również niebezpieczne propozycje, których można było spodziewać się po decyzji USA, a które stanowią realne zagrożenie dla bezpieczeństwa w regionie i nie tylko. Jeden z liderów Hamasu, Ismail Haniya, wezwał do rozpoczęcia kolejnej intifady, a decyzję prezydenta Trumpa nazwał deklaracją wojny i agresją. Ze strony malezyjskiego ministra obrony Hishammuddin Hussein w kontekście decyzji USA pojawiła się z kolei sugestia, że „trzeba być gotowym na wszystkie możliwości”, a malezyjskie siły zbrojne „zawsze były gotowe”. Malezyjski minister nie doprecyzował jednak gdzie i w jakim celu zamierza wysłać wojsko.

Podjęcie zdecydowanych kroków zaproponowała też Liga Państw Arabskich, która ogłosiła, że będzie chciała doprowadzić do uchwalenia przez RB ONZ rezolucji potępiającej decyzję USA. O krok dalej poszedł minister spraw zagranicznych Libanu, który stwierdził, że należy podjąć „kroki wyprzedzające: najpierw środki dyplomatyczne, potem polityczne, a w końcu sankcje gospodarcze i finansowe” (choć Liga Państw Arabskich nie przyjęła oficjalnie stanowiska co do sankcji).

Już dawno żadne działania podjęte przez USA nie spowodowały takiej fali krytyki, i to nawet ze strony najbliższych sojuszników. Środowa decyzja prezydenta Trumpa znacznie osłabiła więc pozycję Stanów Zjednoczonych i jak rzadko kiedy dała możliwość podważenia, i to w merytoryczny sposób, zasadności decyzji USA. Stany Zjednoczone z pewnością nie zmienią już swojego stanowiska ani nawet go nie złagodzą, ale powszechna krytyka może chociaż uświadomi prezydentowi Trumpowi, że nawet takiemu hegemonowi jak Stanom Zjednoczonym nie wolno wszystkiego, a nierozsądne decyzje w takich sprawach będą wpływać na wsparcie i pozycję USA w innych kwestiach, co jest szczególnie istotne w kontekście innych zagrożeń np. ze strony Korei Północnej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz