Australia przekazała dzisiaj do sekretariatu Konwencji ramowej ONZ w sprawie zmian klimatu swój planowany "wkład" (Intended Nationally Determined Contribution) w walkę ze zmianami klimatu. Zobowiązała się do ograniczenia emisji o 26 do 18% w stosunku do 2005 r. Chociaż premier Astralii - Tony Abott okreslił ten cel jako "ambitny", zdaniem komentatorów nie jest to zbyt daleko idące zobowiązanie (patrz np. Le monde czy BBC).
Przyczyny tego są dwie: po pierwsze w porównaniu z innymi państwami rozwiniętymi mniej od Australii zaproponowała jedynie Kanada (patrz analiza BBC), której zobowiązanie wygląda jednak lepiej, bo zakłada 30% w stosunku do 2005 r.). Rok 2005 był bowiem rokiem szczytowych emisji dla Australii, natomiast w porównaniu do roku 1990 będzie to zaledwie 20% mniej emisji. Dla przypomnienia, UE zadeklarowała redukcję emisji o 40% w stosunku do roku bazowego 1990 (pisaliśmy o tym tu). Także USA zadeklarowały redukcję emisji większą od Australii - 26-28% w stosunku do 2005 r., ale do roku 2025. Drugim powodem krytycznego przyjęcia Australijskiej propozycji jest fakt, że chociaż w liczbach bezwzględnych Australia jest wśród średnich emitentów, ma ono jedną z najwyższych emisji na świecie per capita (obok USA, Kanady i Arabii Saudyjskiej).